Cenzor 1/69

Europejski Dzień Języków

Dnia 26 września przypada coroczny Europejski Dzień Języków ustanowiony w 2001 roku przez Radę Europy. Jest on obchodzony we wszystkich krajach europejskich. Tego dnia organizowane są liczne imprezy, konferencje, wykłady językowe, a także programy telewizyjne i radiowe. Celem tych wszystkich działań jest  zachęcenie do nauki języka obcego.

Jak było u nas?

W dniu, w którym obchodzimy to święto w naszej szkole zostały przeprowadzone lekcje okolicznościowe dotyczące języków obcych. Odbyło się również karaoke po angielsku, rosyjsku, niemiecku i francusku. Zwieńczeniem obchodów było wspólne zatańczenie belgijki. Także tego dnia i w dniach następnych uczniowie zmierzyli się z dyktandami z języków obcych, które są u nas nauczane.

BG

 

OTRZĘSINOWE ZMAGANIA

Dnia 9 października w sali gimnastycznej odbyły się otrzęsiny klas pierwszych. Zabawa została zorganizowana przez klasę IIZSZ pod kierunkiem wychowawczyni- pani Iwony Kuczewskiej. Motywem przewodnim imprezy były różne style muzyczne: disco (klasa IA), reggae (klasa IB), hip-hop (klasa IC), disco polo (klasa ID), country (klasa IE) i rock(klasa IZSZ).

W pierwszej kolejności pierwszoklasiści wzięli udział w konkurencjach, takich jak przebranie się w wylosowanym stylu oraz zaprezentowanie układu tanecznego lub piosenki. Ocenie jurorów podlegały także przygotowana potrawa i portret wychowawcy klasy. Na koniec wybrane z klas osoby wzięły udział w konkurencjach sportowych, polegających na zrobieniu jak największej ilości pompek oraz kręceniu hula-hop. Wszyscy gorąco kibicowali przedstawicielom swoich klas. Ilością punktów zwyciężyła klasa ID wraz z wychowawczynią – panią Ewą Magdaleną Iwaniak.


Po zakończeniu otrzęsinowych zmagań i ogłoszeniu wyników rozpoczęła się dyskoteka, której początkiem było zatańczenie belgijki.

AU

 

Dzień Nauczyciela z mojego punktu widzenia

14 października nasze liceum obchodziło 70-lecie istnienia i oczywiście świętowaliśmy Dzień Nauczyciela. Z tej okazji zorganizowany został apel oraz specjalny konkurs dla klas drugich dotyczący Komisji Edukacji Narodowej – patrona szkoły. Wszyscy byli ubrani na galowo i było ogólnie świątecznie. Jednak ja zamiast pisać o kwestii ubioru czy też o samym święcie nauczycieli, chciałbym przekazać Wam moją historię z tego wyjątkowego dnia.

Wszystko zaczęło się tydzień wcześniej, kiedy dowiedziałem się, że mam wystąpić razem z Mateuszem Czerwcem w konkursie wiedzy o K.E.N. Byłem bardzo zmartwiony tym faktem, ponieważ miałem dużo obowiązków na głowie, a tu wypadł mi jeszcze ten quiz. Jednak nie dałem tego po sobie poznać i z udawaną przyjemnością zgodziłem się na udział w tej zabawie organizowanej corocznie w naszej szkole. Na początku  liczyłem jeszcze, że ktoś będzie w stanie wejść na moje miejsce, jednak, jak się później okazało, strasznie się myliłem. No trudno, pomyślałem, to tylko normalne wystąpienie przed całą szkołą- nic wielkiego. Postanowiłem nie łamać się i udawać, że nic mnie to nie obchodzi, będzie jak będzie. Jednak w sam dzień akademii doszło do mnie, że jestem w ogóle nieprzygotowany do konkursu, przestraszyłem się, że zrobię z siebie pośmiewisko. Była 07:00 rano, apel w szkole miał się zacząć o 11:00. Miałem wystarczająco dużo czasu, żeby pouczyć się do tych zawodów na temat patrona naszej placówki. Na szczęście wypożyczyłem dzień wcześniej książkę „70-lecie Liceum Ogólnokształcącego w Siemiatyczach” – byłem uratowany. Ubrany już na galowo przeczytawszy dwadzieścia stron, usłyszałem, że już jedziemy do miasta, ponieważ lekarz mamy rozpoczyna pracę o 08:00. Wpadłem w panikę, nie dość, że jeszcze nic nie umiem, to będę musiał siedzieć i czekać w tych kolejkach. Nagle w mojej głowie pojawił się znakomity pomysł, przynajmniej tak w tamtej chwili myślałem. Postanowiłem wziąć książkę ze sobą i przeczytać ją do końca w przychodni. Nawet nie możecie sobie wyobrazić min ludzi czekających w kolejce do lekarza, patrzyli na mnie z wielkim zdziwieniem – byłem w garniturze i czytałem książkę, tak to mogło być bardzo dziwne ;). Jednak ja już na to nie zwracałem uwagi, dokładnie czytałem i zapamiętywałem wszystkie daty z tamtej książki. Mama wyszła od lekarza o 10:15, mieliśmy już iść do samochodu. Byłem bardzo zmartwiony tym faktem, zostało mi jeszcze aż 20 stron, a na 11:00 miałem pojawić się w szkole. Ta pogoń za upływającym czasem dała mi takiego kopa, jak piłkarzom, którzy przegrywają jedną bramką, a do końca meczu zostało im tylko ostatnie 5 minut. Szybko i dokładnie przewertowałem ostatnie strony mojej książki i odetchnąłem z ulgą. Uff! Udało mi się, jest ledwo 10:45, mogłem udać się w spokoju do szkoły. Dotarłem do niej 6 minut przed apelem, spokojnie, jak gdyby nigdy nic przywitałem się ze znajomymi i zasiadłem, aby obejrzeć to, co przygotowano nam na dzisiejszy dzień.

 

Za całą akademię odpowiadała klasa 2A pod przewodnictwem wychowawczyni- pani prof. Urszuli Koc.  Na początku  wprowadzony został sztandar szkoły i uroczyście odśpiewano ,,Mazurek Dąbrowskiego”. Kolejnym punktem apelu było przywitanie przez panią dyrektor Bożenę Krzyżanowską byłych nauczycieli oraz pracowników szkoły. Obecni profesorowie za swój trud pedagogiczny otrzymali zasłużone nagrody, które również wręczyła dyrektor szkoły. Na apelu mogliśmy też gościć przedstawicieli Rady Rodziców, którzy również złożyli życzenia i wręczyli kwiaty dyrekcji naszej szkoły. Potem uczniowie klasy pierwszej składali ślubowanie pierwszoklasisty, a na koniec wręczone zostały kwiaty przez uczniów dla nauczycieli.

Więcej wydarzeń z tego apelu nie pamiętam, nie byłem bardzo na nim skupiony, bałem się, że zaraz moja kolej. Niby wszystko umiałem, ale czy na pewno?  Zauważyłem, że uczniowie kończą już wręczać kwiaty profesorom. Pomyślałem, w końcu czas na mnie. Tak było! XII edycja Konkursu wiedzy o Komisji Edukacji Narodowej miała się zacząć właśnie teraz. Razem z Mateuszem szybko znaleźliśmy swoje miejsce i nie wiem jak on, ale ja szykowałem się na najgorsze. Pierwsze dwa pytania miały dotyczyć historii i działalności K.E.N., a nie naszej szkoły. Pomyślałem: nie mam co się obawiać, na takie pytania na pewno Mateusz zna odpowiedź. Tak też i było. Drugie pytanie jednak podłamało nam trochę skrzydła, nie znaliśmy na nie odpowiedzi, po dwóch pytaniach mieliśmy jeden punkt. Zauważyłem, że tak to wyglądało też u naszych rywali. Teraz wszystko zależało ode mnie, ponieważ trzecia seria pytań dotyczyła naszego siemiatyckiego liceum, a to ja byłem odpowiedzialny za pytania o nie. Dostrzegłem, że konkurenci, którzy dostali pytanie z 3 tury tracą punkty, przestraszyłem się, że też mnie to czeka. Wybrałem numer ( już teraz nawet nie pamiętam jaki). Dostałem pytanie od Dyrekcji, które brzmiało: ,,Kto był pierwszym dyrektorem szkoły?” Pomyślałem, po co ja się uczyłem tylu faktów o naszej szkole, a trafiłem na takie proste pytanie. Zacząłem rozważać, czy nie jest to przypadkiem jakieś podchwytliwe pytanie. Po chwili namysłu udzieliłem odpowiedzi: Sylweriusz Treugutt. Po otrzymaniu komunikatu, że jest to prawidłowa odpowiedź, odetchnąłem z ulgą, uwierzyłem w to, że jesteśmy w stanie wygrać. Mieliśmy dwa punkty, jak dobrze liczyłem. Teraz czekała nas druga część konkursu. Uczniowie każdej klasy drugiej mieli stworzyć prezentację multimedialną reklamującą naszą szkołę.  Prezentacje były bardzo różne, ja niestety ze swojego miejsca nie mogłem zauważyć ani jednej. Jednak z dumą mogę przyznać, że chyba najlepsza była naszej klasy – IIC, tak wnioskowałem na podstawie rozbawienia osób znajdujących się na sali gimnastycznej oraz przyznanych nam aż 5 punktów (tyle samo otrzymała klasa IIE). Następną konkurencją była fraszka czy też piosenka wykonana przez poszczególnych uczniów z klas drugich. Tutaj też miałem  swój udział w tworzeniu i bałem się, czy wszystko pójdzie tak, jak zaplanowałem. Po odśpiewaniu piosenek oraz odczytaniu fraszek poczułem, że napisana przeze mnie fraszka wypadła tak nijak – była za krótka. Jednak dobrze odczytana przez Karolinę Sak otrzymała aż 4 punkty. Emocje trwały do samego końca, z miejsca, w którym znajdowałem się razem z Mateuszem oraz moimi konkurentami z quizu, nie było w ogóle widać wyników rywalizacji. Okazało się, że klasy IIC i IIE mają po 11 punktów i o zwycięstwie w konkursie zadecyduje dogrywka.

Właśnie w tym momencie zaczął się mój HORROR! Pytania miały dotyczyć naszej szkoły, więc siłą rzeczy kolega oddał mikrofon w moje ręce. Pierwsze polecenie, które otrzymaliśmy, brzmiało: podaj imiona i nazwiska dwóch wychowawców klas drugich innych niż twój.  Z pozoru proste pytanie, jednak my mieliśmy przy tym ogromny problem. Ze zdenerwowania podaliśmy imiona i nazwiska, które przyszły nam do głowy, ale udało się, uff!  Niestety, klasa IIE (matematyka-geografia-angielski) z dziecinną łatwością odpowiedziała na otrzymane pytanie. Kolej była na nas. Drugie polecenie, jakie nam dano do wykonania, brzmiało: podaj imiona i nazwiska trzech nauczycieli matematyki w naszej szkole. W normalnej sytuacji powinienem wiedzieć to nawet zbudzony o 3 w nocy, a przynajmniej znać  imiona i nazwiska swoich- byłej i obecnej- profesorek od matematyki. Jednak po przeczytaniu tej książki przychodziły mi tylko do głowy imiona i nazwiska z historii naszej szkoły, pytania o obecne czasy zupełnie mnie zaskoczyły. Jednak nie chcę się usprawiedliwiać i korzystając z okazji chciałbym przeprosić panią profesor Monikę Kosk, której imię pomyliłem. Wracając do samego konkursu, los dał nam drugą szansę i razem z Mateuszem podaliśmy  imię i nazwisko czwartej pani od matematyki, to nas uratowało, jednak, jak później się okazało, nie na długo. Kolejne pytanie dla klasy mat-geo poszło równie łatwo jak pierwsze. Był remis 2-2 w całym pojedynku (13-13), zaczęto się obawiać, czy wystarczy pytań, ponieważ organizatorzy przygotowali tylko 7. Kolejne polecenie, jak się później okazało ostatnie, jakie otrzymaliśmy, brzmiało: podaj dwa numery pracowni języka polskiego. Pierwszy numer podaliśmy bez zająknięcia, w końcu w tej pracowni mamy lekcje, jednak z drugą był ogromny problem.  Stres oraz zdenerwowanie, które nas dotknęły po wcześniejszych poleceniach sięgały zenitu, kończył się nam czas. Myślę, wóz albo przewóz, strzelam, jednak był to strzał niecelny. Mogliśmy tylko liczyć na pomyłkę klasy E, jednak ku naszemu smutkowi  dobrze odpowiedziała na zadane jej pytanie, przegraliśmy wszystko. Ale pojawiło się światełko w tunelu, jak dobrze zrozumiałem, zostało zauważone, że ktoś z publiczności podpowiedział naszym rywalom. Jury pozostało tylko jedno pytanie, zadano je naszym konkurentom. Chwila ciszy, klasa mat-geo udziela odpowiedzi – ta okazuje się prawidłowa. Klasa IIE wpada w szał radości, moją klasę ogarnia smutek. W nagrodę zwycięska klasa otrzymuje tort.


Ja natomiast nie chcę na to patrzeć, uciekam stamtąd, na szczęście dzwoni mama, jestem uratowany. Ze zgorzkniałą miną wsiadam do samochodu, próbuję zapomnieć o tym, co się przed chwilą wydarzyło. Nie daję rady, mam wyrzuty sumienia, że nie napisałem dłuższej fraszki, wtedy byśmy wygrali, nie byłoby tej dogrywki- tego horroru. Jednak postanawiam jakoś odwrócić od tego uwagę, tato zabiera mnie na jazdę samochodem. Humor od razu mi się poprawia. Już jest lepiej. Wchodzę wieczorem na Facebooka, pytam, czy coś później się wydarzyło, okazuje się, że nie, wszyscy poszli do swoich klas, a później każdy udał się w swoją stronę. Pytam nieśmiało o ten cały mój występ, dowiaduję się, że nikt nie ma do mnie o to żalu, a większość kwituje to lekkim uśmiechem.

Ta historia wiele mnie nauczyła, śmiem twierdzić, że przełamałem się i to ,,ośmieszenie” przed publicznością traktuję jako mocny kop do dalszych wystąpień, bo jak mawia klasyk: ,, Co nas nie zabije to nas wzmocni”.

 

Paweł Tereszkiewicz

 

ROZMOWA Z PANEM OCHRONIARZEM W NASZEJ SZKOLE


Karolina Sak: Jak długo pracuje Pan w obecnym zawodzie?


Pan Ochroniarz
: Z przerwami? Pracowałem tutaj od roku 2008 do 2010. Można więc uznać, że 8 lat.

K.S.: Czy musiał Pan przejść testy, aby zostać ochroniarzem?


P.O.: Jestem osobą niepełnosprawną. Żadne testy oraz ukończone szkoły nie były konieczne.

K.S.: Czym się różnią inne miejsca pracy od naszej szkoły?


P.O.: Praca  szkole jest bardzo stresująca. Nie każdy uczeń stosuje się  do  zaleceń dyrekcji.

K.S.: Co Panu najbardziej przeszkadza w pracy w naszej szkole?


P.O.: Nic mi nie przeszkadza, praca jak praca. Ale jak już wspomniałem, jest bardzo stresująca.

K.S.: Czy podoba się panu praca w naszej szkole?

P.O.: To zależy. Uczniowie są różni. Tak samo jak dorośli ludzie: niektórzy są normalni i stosują się do wyznaczonych reguł, a inni się buntują  i wtedy nie jest przyjemnie.

K.S.: Dziękuję za udzielenie odpowiedzi na  te kilka pytań.

P.O.: Ja również dziękuję.

 

rozmawiała Karolina Sak

 

Szkoła to tylko przykrywka

W naszym liceum ogólnokształcącym, w  miejscowości ściśle tajnej, co roku o tej samej porze, czyli z pierwszym dniem października, dołącza do nas człowiek do zadań specjalnych, potocznie zwanym ‘ochroniarzem’. Chciałabym zwrócić szczególną uwagę na datę: 1 października, gdyż właśnie tego dnia rozpoczęła swoją działalność Służba Kontrwywiadu Wojskowego. Myślicie, że to przypadek? Nie sądzę! Gdy dotarła do mnie ta wiadomość, nabrałam dziwnych podejrzeń. Chyba u każdego w tym momencie rodzi się pytanie: co lub przed kim dokładnie On nas chroni?. W innych szkołach, poczynając od podstawówek, kończąc na gimnazjach,  nigdy nie spotkałam się z obecnością ochroniarza.  Dodatkowo na swoich ubraniach pracownicy  mają przyczepione plakietki,  niby nic w tym dziwnego, ale dlaczego widnieje na nich tylko napis ‘OCHRONIARZ’? Gdzie są wypisane Jego podstawowe dane, takie jak imię i nazwisko? Dlaczego nikt nam nic nie mówi? Jedyną informacją, jaką słyszałam na temat ochroniarza jest ta, iż został On zatrudniony na prośbę rodziców. Moim zdaniem jest to trochę podejrzana sprawa, gdyż  do liceum przychodzą uczniowie w przedziale wiekowym 16-19 lat. Nie są to już  niedojrzałe i bezmyślne dzieci, tylko dojrzała młodzież, kształcąca się na wiernych, dobrych i oddanych obywateli kraju! Dlaczego akurat w liceum? Dlaczego nie wprowadzono tego w życie do takich placówek oświaty jak szkoły podstawowe czy gimnazja? Tu musi chodzić o coś innego, o coś, czego żaden uczeń nie mógłby się domyślić. Dochodzi jeszcze jedna kontrowersyjna sprawa.  Mianowicie w szkole pojawiają się co pewien czas nowe osoby na stanowisku ochroniarza. Początkowo tłumaczyłam sobie to fanaberią osób zarządzających naszą placówką, jednakże chyba nie o to tu chodzi. Musi tu chodzić nie tylko o nasze bezpieczeństwo, ale też o  bezpieczeństwo ochroniarzy. Dlatego zaczęłam snuć podejrzenia powiązane z datą 1-go października. Zaciekawiona tą sprawą, poszperałam w Internecie i dowiedziałam się kilku, ciekawych wiadomości, dotyczących wyżej wspomnianej Służby.  W Jej skład wchodzi m.in. Zarząd Bezpieczeństwa Informacji Niejawnych, Biuro Radiokontrwywiadu, Zespół Nadzoru Finansowego, Zarząd Operacyjny.

Porównując do tego strukturę naszej szkoły, wywnioskowałam, iż: jedno pomieszczenie, mieszczące dwa gabinety dyrektorskie i sekretariat, pełni funkcję Zarządu Bezpieczeństwa Informacji

Niejawnych (najtrafniejszym argumentem potwierdzającym słuszność mojej tezy jest fakt, że urzędujące tam osoby są jedynym organem wiedzącym o wszystkim i wszystkich, a wyciągnięcie od Nich jakichkolwiek informacji graniczy z cudem) ; mieszczący się tuż obok, gabinet głównej księgowej, jest siedzibą Zespołu Nadzoru Finansowego ( uwaga na haczyk! Ten zespół w rzeczywistości jest jednoosobową kadrą zarządzającą finansami całej Służby Kontrwywiadu Wojskowego! Jest to niewyobrażalnie ciężki zawód, wiążący się z dużą odpowiedzialnością!) ; w  pokoju  nauczycielskim, zwanym również ‘Olimpem’,  mieści się Zarząd Operacyjny ( wszelkie operacje, zwane potocznie ‘lekcjami’, są tam obmyślane; nie można pominąć bardzo ważnej roli, jaką spełnia to pomieszczenie, a mianowicie jest miejscem spotkań wszystkich organów  odbywających się kilka razy do roku, gdzie przedstawiany jest raport dotyczący postępu, jaki robią specjalnie szkoleni zawodowcy, zwani „uczniami”, spotkania te zwane są również ‘radą pedagogiczną’)  mamy

Również pokój, nazywany ‘ Radiowęzłem’, gdzie  mieści się Biuro Radiokontrwywiadu

( tutaj radio służy nie tylko do puszczania piosenek, ale głownie w celach wyższych ,np. komunikacji). Wypisane powyżej informacje, mają za zadanie ukazanie, jak ważnym zawodem (o ile można go tak nazwać, gdyż zapewne  dla niektórych jest to tzw. powołanie bądź cel życia) jest zawód ochroniarza. Przyznam szczerze, że na samym początku, gdy żyłam w nieświadomości, idealnym rozwiązaniem w sprawie bezpieczeństwa byłby brak ochroniarza. Wydawało mi się, że żadne, ale to absolutnie żadne zagrożenie nas nie dotyczy.  Teraz, po tym wszystkim, w większą wagą i oddaniem odnoszę się do tego.  Zadajmy sobie pytanie, czy idealny ochroniarz istnieje? Z całym przekonaniem i wiarą stwierdzam, że  istnieje duża liczba mężczyzn nadających się na „idealnego ochroniarza”. Musi on spełniać następujące cechy: powinien być idealny w każdym calu, od stóp do głów, uwzględniając też wnętrze! Osobą na to stanowisko powinien być mężczyzna przejawiający cechy człowieka bezwzględnego, lecz dbającego o dobro innych, obojętnego, ale  przejmującego się życiem innych, złego z przejawami dobroci wobec drugiego człowieka, surowego i jednocześnie sympatycznego. Dlatego DOCENIAJMY OCHRONIARZY, może dzięki temu nasze życie też będzie docenione (nawet jeśli tak nie będzie, zawsze pozostaje nadzieja, która umiera ostatnia).

 

Moje małe pięciodniowe więzienie

Oglądam pewien serial- spisują tam więźniów, a ja czuję, że podobną sytuację mam na co dzień…

Ostatnie chwile odpoczynku

Właśnie wstaję z łóżka. Lewa? Prawa? Ach, co za różnica. Jest piękny dzień - niedziela. Nigdzie się nie śpieszę, nic mnie nie goni, mogę leniuchować do woli. Aż chce się żyć. W końcu podnoszę się jednak z łóżka. Czas, by trochę się ogarnąć. Poranna toaleta, makijaż, parę chwil przed szafą i decydowanie, co dziś na siebie włożę. Szybkie śniadanie, relaks, a po południu spotykam się ze znajomymi. Moja codzienność.

Dzień upływa tak szybko. A wraz z nim zdecydowanie za szybko mija moje szczęście. Jest już 21. Ostatnie chwile odpoczynku, a zarazem czas na przygotowania do szkoły. Kiedy patrzę na zegarek, jest już strasznie późno, biorę więc prysznic, sprawdzam facebooka, wchodzę na instagrama. Robię się senna. Zasypiam…

 

(Nie)codzienne problemy

Przeciwny biegun niedzieli – poniedziałek...  Pobudka -  5:30. Wstaję wcześnie, żeby wyrobić się na zajęcia. Moment później jestem gotowa. Szybko schodzę na śniadanie, ale nie dam rady dużo jeść. Nerwowo spoglądam na zegarek.

Już 7:00. Jestem spóźniona na autobus. Prawie odjechał beze mnie! Na szczęście, mój wołający o współczucie bieg z rękami fruwającymi w powietrzu dał rezultaty. Kierowca zatrzymał się  i poczekał, aż cała zadyszana wbiegnę do pojazdu. Uff, udało się! Po piętnastu minutach jestem na miejscu. Zamyślona, szybko wysiadam i dopiero po chwili zauważam, że wszystkie moje dokumenty zostały w autobusie. Chciałam po nie zawrócić, lecz tym razem kierowca już odjechał. „Niefarcie trwaj!”- słyszę w tętniącej z wściekłości głowie. Jestem bezradna. Po chwili wpadam na pewien pomysł. Dzwonię do znajomej, która pojechała dalej, żeby zaopiekowała się moimi zgubami. Wspaniale! Zostaje tylko jeden problem. Jak ja teraz wejdę do szkoły bez legitymacji?

Brak tożsamości

Zmierzam niepewnym krokiem ku kochanej szkole. Przy drzwiach wejściowych myślę już tylko o tym, że chcę normalnie przejść i w spokoju przygotować się do lekcji. Jednak coś mi staje na przeszkodzie. Blokada, która jest jakże wspaniałomyślnym pomysłem kierownictwa szkoły. Pomysłem  popartym niestety większością głosów rodziców uczniów. Naszych kochających rodziców… Jednym słowem - OCHRONA.

Nie dość, że jestem zdenerwowana poranną podróżą, to jeszcze muszę wyjaśniać panu ochroniarzowi, kim jestem i że codziennie przechodzę tymi drzwiami już drugi rok z rzędu, bo uczę się w tej szkole. Pokazałam mu nawet swoje podręczniki do LO. Stróż naszej szkoły nie zareagował. Powołałam się też na przyjaciółkę - on dalej nic. W końcu przyjście nauczycieli sprawiło, że i ja mogłam przejść dalej. Moja złość sięgała zenitu! Kiedy trochę ochłonęłam, postanowiłam jeszcze raz, na spokojnie przemyśleć sens obecności ochrony w szkole. Wypisałam wszystkie za i przeciw na kartce. Tych pierwszych praktycznie nie było.

Obserwując pracę ochrony, doszłam do pewnych wniosków. Ochroniarz, podobnie jak policja, zwraca uwagę na drobnostki, natomiast poważniejsze rzeczy traktuje z przymrużeniem oka. To uświadomiło mi, że sprawiedliwości nie ma. Nie wiem jak reszta społeczności uczniowskiej, ale ja takiej OCHRONY nie popieram!

Marta

 

"Połowinki" czy "drwinki"

Wakacje minęły jak jeden dzień. Kolejny rok straszył ogromem materiału do przerobienia, lecz to już druga klasa. Zbliża się tak oczekiwany półmetek lub potocznie nazywane połowinki- nasz główny temat rozmów. Wszystkie konsultowałyśmy się,  jaką sukienkę kupić, jaka najbardziej pasowałaby do koloru oczu, jakie buty będą najbardziej odpowiednie. Oczywiście najważniejszym tematem byli nasi partnerzy, mój na wszelki wypadek został zaproszony miesiąc wcześniej, aby zarezerwował sobie wszystkie soboty listopada.

Tak radośnie mijały dni, dopóki pewnej środy nie dowiedziałam się o koncepcji połowinek bez osób towarzyszących. Ten pomysł był dla mnie zrozumiały niczym teoria względności Alberta Einsteina. Uznałam to za mało śmieszny żart, lecz niestety okazało się to prawdą. Zdaniem rodziców klasy drugie miały się ”integrować”, co w moim rozumowaniupowinno już nastąpić w zeszłym roku lub ewentualnie dla „niezintegrowanych” mogłoby odbyć się na jakiejś wycieczce. Innym  pretekstem była obawa przed dużo starszymi osobami towarzyszącymi, które mogłyby (lecz oczywiście nie musiałyby) się źle zachowywać. Ostatnią nadzieją miało być zebranie rodziców z przedstawicielami klas drugich w sprawie owej  imprezy. Niestety, rozpaczliwe błagania moich koleżanek i kolegów były słyszalne niczym bzyczenie małej muszki, latającej obok barierki przeludnionej autostrady A4 w godzinach szczytu. Ciężko było zarówno mnie, jak i kilku moim koleżankom pogodzić się z takim obrotem sprawy. Gdy już sądziłam, że świat nie może być bardziej okrutny, dopadła mnie paraliżująca  myśl: „jak ja o tym teraz powiem mojemu partnerowi?” Przecież kupił już sobie nawet krawat w kolorze mojej sukienki.

Wiele osób wypisało się z listy chętnych, ja również poważnie rozważałam tę opcję, gdyż nie przekonywały mnie pomysły typu „przynajmniej zaoszczędzisz kasę”. Łatwo było powiedzieć tak komuś, kto zaprosił osobę z równoległej drugiej klasy i mógł z nią iść bez przeszkód.

Gdy opowiedziałam o wszystkim siostrze, stwierdziła: „zapisz się, młoda, bo później będziesz żałować”. Tak też zrobiłam. Gdy okaże się to jedną wielką porażką i straconym czasem, będę miała kogo obarczyć winą. Jakimś cudem udało mi się namówić kilka dziewczyn do tego pomysłu i zamierzamy się świetnie bawić. Przy odrobinie szczęścia, gdy już koledzy najedzą się, zapewne znajdzie się kilku odważnych, którzy poproszą nas do tańca. Gdyby jednak tego szczęścia zabrakło, padł pomysł zabrania ze sobą książek do biologii i czytania ich pod stołem. Jedynym plusem, który przychodzi mi do głowy, gdy losy tak smutnie się potoczą, jest to, że wytrzymam na obcasach całą imprezę. Wszystko okaże się piętnastego, a może połowinki zaskoczą mnie tak pozytywnie jak zwycięstwo polskiej reprezentacji siatkówki na mistrzostwach świata? Kto to wie...

 

 

JAK NAS WIDZĄ , TAK NAS PISZĄ!

Słów kilka o stereotypach narodowych

Bywają czasem takie dni, że z czystego lenistwa i braku inwencji w domowej kuchni udaję się do barów, co bynajmniej nie musi wiązać się jedynie z zaspokojeniem prozaicznej potrzeby życiowej, jaką jest jedzenie. Postrzegam bary jako swoiste kalejdoskopy, w których szybko zmienia się skład gości tak różnych, jak mozaika z kolorowych szkiełek. Będąc w jednym z takich miejsc, dziwnie zawsze przepełnionych, zajęłam wolne lokum obok trójki młodych ludzi, którzy co chwilę spoglądali w bok, po czym wymieniali znaczące spojrzenia, wybuchając przy tym śmiechem. Co tak rozbawiło grupkę znajomych? A raczej, kto? Kelnerem był około dwudziestoletni, niewysoki chłopak - Azjata. Teraz i ja uśmiechnęłam się sama do siebie, ponieważ przypomniał mi się kabaretowy skecz i przez moment przez głowę przemknęła mi myśl, czy aby nie zostanę nakarmiona ryżem, kapustą pekińską, a może nawet słuszną porcją psiny w sosie słodko-kwaśnym… W tej samej chwili dotarło do mnie, że być może poznałam powód rozbawienia obserwowanych przez mnie ludzi. Jeśli tak, to zarówno ich, jak i mój odbiór kelnera warunkował wspólny czynnik. Jaki? Odpowiedź jest  prosta. Stereotypy.

Dzięki stereotypom jesteśmy jakby „zwolnieni z myślenia”.

Tworzą w umysłach ogółu wyobrażenie o rzeczy, zjawisku lub narodzie, zastępując rzeczywistą wiedzę. Życie jest wystarczająco skomplikowane, dlatego chętnie korzystamy z ułatwień i uproszczeń. A jest ich bardzo wiele. Idąc za ciosem, postanowiłam przeanalizować funkcjonujące wśród nas, dumnych i miłujących wolność Polaków (też stereotyp!) wizerunki innych nacji.

Jako pierwsi przyszli mi na myśl Niemcy. W mniemaniu Polaka to ludzie bez fantazji, pedantyczni, wlewający w siebie hektolitry piwa, przy tym niezwykle skąpi. Trzeba jednak przyznać, że samochody robią dobrze, ale mają zawyżoną samoocenę i chcą wykupić całą Polskę dla siebie.

Skoro zaczęłam od naszych sąsiadów, pod lupę proponuję wziąć Rosjan. Nasz wschodni sąsiad to oczywiście biedny przemytnik lub złodziej, albo nieprzytomnie bogaty członek mafii. Tak jeden, jak i drugi są w stanie wypić tyle wódki, i to „biez zapojki”, że dla Europejczyka, w tym nawet Polaka, jest to dawka śmiertelna. Ponadto Rosjanie to zacofani, gburowaci nacjonaliści, a zamiast policji porządku w kraju pilnuje zorganizowana grupa przestępcza.

Moje rozmyślania „pozornie” przerwał wibrujący telefon, który sygnalizował niski poziom baterii. „Pozornie”, ponieważ ta sytuacja podsunęła mi na myśl kolejną narodowość. Japończycy to ludzie doskonale zorganizowani, przesadnie oszczędni pracoholicy, grzeczni, uczciwi, kochający wysoką technologię i podróże do odległych krajów, poznający je dopiero ze zdjęć, których robią miliony. Są niezwykle waleczni i honorowi, a w obliczu utraty godności, gotowi do samurajskiego „seppuku”.

W barowym radiu usłyszałam kolejną już piosenkę w języku angielskim. A podobno Polacy to  patrioci. Następny stereotyp?

Do tablicy wywołałam już Anglików. Mówiąc „Anglik”, myślimy:  przesadnie wystrojony gentleman, flegmatyczny, powściągliwy, żywiący się angielskim jedzeniem bez smaku i aromatu, staroświecki, z zawodu księgowy, pijący zawsze herbatę punktualnie o piątej po południu.

Zrobiło się trochę flegmatycznie, więc może teraz Włosi? Zrelaksowani, opaleni piłkarze, leniwi, ale bardzo rozwrzeszczani, pijący kawę przy każdej okazji, kochliwi, często zdradzający żony, jeśli już zdołają się wyrwać spod skrzydeł mamy, i potworni bałaganiarze.  Oczywiście nie mogę pominąć bardzo dobrej kuchni i mody.

Stop. Poprawka. Prymat w modzie decyduję się dać Francuzom. I choć są żabojadami, to za to w drogich ubraniach z najnowszej kolekcji najmodniejszego projektanta w sezonie. Dodatkowo to dobrzy kochankowie i do tego artyści. Francuzi, jakże rozkochani w swoim języku, oczekują od wszystkich przyjezdnych znajomości francuskiego.

Mówiąc o stereotypach, trudno pominąć Arabów. Wszak jasne, że każdy Arab to terrorysta. Żyje na pustyni, ma dziesięć żon i przynajmniej trzy razy tyle dzieci, z każdej strony otacza go ropa haftowa, a jego haremy to istne domy rozpusty.

Stereotypy nas osaczają.

A my, Polacy? Czy wiemy, co o nas inni myślą? Niestety, często jesteśmy postrzegani jako złodzieje samochodów, aroganccy, podstępni, świętsi od Papieża ludzie, którzy klaszczą po lądowaniu samolotu na lotnisku. Oczywiście są też superlatywy. Jesteśmy uważani za ludzi rodzinnych, gościnnych, pracowitych, radzących sobie w każdych warunkach, z szerokim gestem, a co najważniejsze, posiadających wielu znanych w świecie przedstawicieli.

Zamiast podsumowania przypomina mi się pewne porównanie.

Raj jest tam, gdzie policja jest angielska, kucharze są włoscy, kochankami są Francuzi, mechanikami – Niemcy, a wszystkim zarządzają Szwajcarzy. Piekło natomiast jest tam, gdzie kucharzami są Anglicy, mechanikami Francuzi, kochankami Szwajcarzy, porządku pilnuje niemiecka policja, a za organizację wszystkiego odpowiedzialni są Włosi.

 

K.K.