Cenzor 3/71

FERIE ZIMOWE

 

 

WOŚP w Siemiatyczach

Pawka: Dlaczego zdecydowałaś się brać udział w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy?

Justyna Brzeźnicka: Zdecydowałam się wziąć udział w WOŚP z kilku powodów. Jednym z nich była chęć pomocy ciężko chorym dzieciom oraz starszym ludziom.

Pawka: Jakie były Twoje zadania podczas tej akcji społecznej?

J.B.: Każdy z wolontariuszy oprócz pomocy m.in. przy przygotowaniach dekoracji miał wyznaczone w dniu finału obowiązki. W tym roku kwestowałam na ulicach Siemiatycz z WOŚP-ową puszką.

Pawka: Kto był waszym przewodniczącym i co możesz powiedzieć na temat jego wykonywanych zadań?

J.B.: Głównym organizatorem 23 finału było nasze LO, w którym  mieściła się siedziba sztabu, jej szefową byłą Luiza Bergcholc. Natomiast pieczę nad naszą pracą miała pani prof. Bożena Czerkas.

Pawka: Co pozytywnego dostrzegasz w organizowaniu takich imprez charytatywnych?

J.B.: Przede wszystkim pozytywny jest sam fakt, ze mogło się komuś bezinteresownie pomóc, a dzięki naszej cegiełce w postaci pracy i zaangażowania  mogliśmy przyczynić się do realizacji wielkiego celu.

Pawka: Jak zachęciłabyś innych, aby tak jak Ty wzięli udział w takiej akcji charytatywnej?

J.B.: WOŚP to nie tylko zbieranie pieniędzy, to też dużo pozytywnych emocji, poznawanie nowych ciekawych ludzi i nauka nawiązania kontaktów z innymi. Dlatego serdecznie zachęcam wszystkich, którzy mają coś w sobie z filantropa do brania udziału w takich przedsięwzięciach.

z Justyną Brzeźnicką – wolontariuszką WOŚP  rozmawiał Paweł Tereszkiewicz

SZCZĘŚCIE

Zobaczyłem ją we śnie. Była delikatna, wiotka. Wiatr lekko pchał ją ku zachodowi – do słońca, które właśnie chowało się za horyzontem. Złote włosy na jej głowie unosiły się leciutko. Złapała lewą ręką długą, jasną suknię i pobiegła przed siebie. Niewiele myśląc, zacząłem biec tuż za nią. Zerkała na mnie kątem swego karmelowego oka i uśmiechała się pod nosem. Biegliśmy dalej, a ja nie czułem zmęczenia. Spójrz w górę. - usłyszałem chór. Niewiele myśląc, skierowałem wzrok w niebo. Kilka milionów warstw chmur otoczyło mnie. Słońce starało się przedostać przez puszysty mur, co dało niesamowity, złoty blask. To wszystko może być Twoje – rzekła złotowłosa nimfa, zakreślając krąg wiotkimi dłońmi – Jednak musisz mnie złapać. Zniknęła. Złota poświata zalała całe moje pole widzenia. Światło oślepiło mnie. Zwinąłem się i zamknąłem oczy. Zapadał zmrok; słońce całkowicie schyliło się za horyzont. Moje oczy były wolne. Gwiazdy oświetlały cały nieboskłon. Na południowym wschodzie rozciągał się ogromny, dębowy las. Pnie drzew były powykręcane w różne strony świata. Zauważyłem złote światło, podbiegłem tam. Tak, jest! Lewa dolna gałąź! Nie ma jej. Korona wysokiego dębu na północ! Nie ma mojej driady. Błąkałem się między konarami potężnych drzew. Dotarłem na skraj urwiska. Słońce wstawało zza horyzontu. Wtedy zauważyłam ją ponownie. Nie miała tak złotych włosów jak przedtem. Jej suknia straciła kolor i elegancję. Nie błyszczała. Stanęła nad przepaścią i spojrzała w dół. Uśmiechnęła się do mnie. Podbiegłem do niej. Była delikatna i wiotka. Unosiła się na wietrze. Złapałem ją, przytuliłem do siebie i delikatnie musnąłem jej czoło swoimi wargami. Na imię jej było Szczęście. Pokochałem ją.  Wtem jej wiotkie, nieskazitelne ciało zniknęło, a ja zostałem sam nad przepaścią.

K.S.

MINĘŁO 152 LATA OD BITWY POD SIEMIATYCZAMI

Bartek Głowacz: Styczeń to miesiąc, kiedy wspominamy kolejną rocznicę wybuchu Powstania Styczniowego. Co Polacy chcieli osiągnąć poprzez jego wywołanie?

Pani Profesor Bożena Czerkas: Podstawowym celem przygotowań powstańczych była chęć odzyskania niepodległości. Od 1795 roku państwo polskie przestało istnieć. Ziemie polskie stały się częścią Rosji, Prus i Austrii. Polacy  jednak nigdy nie pogodzili się z utratą niepodległości. Walczyli u boku Napoleona, w Powstaniu Listopadowym, Krakowskim i podczas Wiosny Ludów o wolną i niepodległą Ojczyznę.  Powstanie Styczniowe będzie kolejnym zrywem niepodległościowym.

 

B.G.: Jedna z bitew Powstania Styczniowego miała miejsce na terenie Siemiatycz. Jakie było jej znaczenie?

P.P.B.C.: Bitwa pod Siemiatyczami była jedną z największych bitew powstania. Odbyła się 6 i 7 lutego 1863r. Była też bitwą nietypową, ponieważ:

  • powstańcy ze względu na małą liczbę walczących nie bronili miast
  • przybyła do miasta wyjątkowo duża liczba powstańców.

Zgromadzone w mieście siły powstańców liczyły około 3400 - 3500 ludzi, z czego oddział Zameczka miał około 2000, oddział Rogińskiego około 1000 ludzi i Lewandowskiego około 500. Najwięcej było kosynierów, bo ponad 2000, strzelców około 600 uzbrojonych w strzelby myśliwskie i częściowo w zdobyte karabiny rosyjskie, oraz około 600 jazdy. Jednocześnie od strony Drohiczyna maszerował oddział Jabłonowskiego i Matlińskiego liczący około 800 ludzi. W sumie więc całe zgrupowanie siemiatyckie liczyło około 4300 powstańców. Oddziały, które przybyły do Siemiatycz były dość dobrze zaopatrzone. Sam Rogiński prowadził tabor złożony ze stu wozów z żywnością umundurowaniem i bronią. Oddział Zameczka, który najdłużej stał w Siemiatyczach, zaopatrzony był najlepiej. Posiadał dość dużo broni, prowiantu i amunicji.

6 lutego 1863r. około godziny 15.30 kolumna wojsk rosyjskich gen. Maniukina  podeszła pod Siemiatycze ( 1,5 tys. żołnierzy). Rosjanie rozpoczęli ostrzał artyleryjski, kierując ogień głównie na zabudowę miasteczka. Cichorski- Zameczek umieścił większość sił powstańczych za murem cmentarza i tu Polacy przeczekali bez większych strat ostrzał artyleryjski. Przypuścili nacierających Rosjan na bliską odległość i dopiero kiedy podeszli do muru na odległość strzału, powstańcy otworzyli gwałtowny ogień ze strzelb i karabinów, wywołując zamieszanie wśród rosyjskiej piechoty. Około godz. 19.00 Rosjanie wycofali się. Zachęceni cofaniem się nieprzyjaciela powstańcy przystąpili do natarcia, śpiewając dla dodania sobie animuszu "Jeszcze Polska nie zginęła". Szli do ataku jak najbardziej zahartowane wojsko liniowe. Zdobyli dwa działa. Wojska rosyjskie wycofały się do odległego o 4 km Czartajewa, wysyłając jednocześnie gońców do pobliskich garnizonów z wezwaniem o pomoc.

Zameczek mimo odniesionego zwycięstwa szykował się do wyjścia z Siemiatycz i wyprawił drogą do Drohiczyna tabory, wozy z amunicją i prawdopodobnie rannych. Straty polskie w dniu 6 lutego szacuje się na 20-50 osób, głównie z grona kosynierów. Cichorski pisze o siedemnastu ciężko i pięciu lekko rannych oraz o czternastu zabitych. Źródła polskie donoszą  także o 12 zabitych Rosjanach.

Przebywające w bliskiej odległości od Siemiatycz powstańcze oddziały W. Lewandowskiego i R. Rogińskiego, na odgłos walki, przyspieszyły swój marsz w kierunku miasta. 7 lutego 1863 roku doszło więc w Siemiatyczach do największej koncentracji oddziałów  w Powstaniu Styczniowym. Na pośpiesznie zwołanej naradzie dowódców postanowiono bronić miasta. Głównodowodzącym został najstarszy stopniem W. Lewandowski. Miał on ze swoim oddziałem bronić rynku, Cichorski- Zameczek przy cmentarzu miał blokować drogę z Czartajewa i Ciechanowca, zaś R. Rogiński bronić pałacu księżnej Anny Jabłonowskiej. Gen. Maniukin powiększył siły rosyjskie do 2,5 tys. żołnierzy wspartych 6 działami.

Rankiem 7 lutego Rosjanie swoim oskrzydlającym atakiem zaskoczyli Polaków. Skuteczniejszy niż w dniu poprzednim był też ich ostrzał artylerii. Spowodował on liczne pożary w miasteczku, co dodatkowo zdezorganizowało szyki powstańcze i utrudniło zajęcie wyznaczonych stanowisk. Przewaga wojsk rosyjskich zmusiła powstańców Rogińskiego do odwrotu. W płonącym zamku pozostała część powstańców atakowana przez Rosjan, odpowiedziała strzałami z okien, ale otoczeni przez wroga spalili się żywcem.  Także Zameczek nie wytrzymał uderzenia i w pośpiechu opuścił pozycje, wycofując się bezpośrednio ku rzece przez podmokłe tereny. Wyłapywaniem powstańców zajęli się kozacy, a strzelające w tym kierunku działa dopełniły reszty. Ok. godziny 12.00 Rosjanie skierowali dwustronne uderzenie na rynek, gdzie pozostał jeszcze oddział Lewandowskiego. Od strony północnej do miasta wdarli się kozacy podpalając domy, a silny wiatr ułatwiał przerzucanie się ognia. Siemiatycze płonęły. Po ponad godzinnych zmaganiach wojska rosyjskie zdobyły Siemiatycze.

B.G.: Jakie były skutki powstania dla Siemiatycz?

P.P.B.C.: Po zdobyciu Siemiatycz żołnierze carscy przystąpili do grabieży miasta. Szacowano, że po 7 lutym 1863r. ocalało w mieście nie więcej niż 18 zabudowań, legł w gruzach pałac księżnej Anny Jabłonowskiej, ocalał kościół i ksiądz. Szacuje się, że w bitwie poległo ok. 200 powstańców. Oddziały Lewandowskiego, Rogińskiego i Zameczka uległy znacznemu rozproszeniu. Katoliccy mieszkańcy Siemiatycz musieli zapłacić trzytysięczną kontrybucję, nałożoną tytułem kary za sprzyjanie powstańcom. Przeznaczono ją m.in. na budowę nowej cerkwi. Żydom udzielono pożyczek na odbudowę zabudowań, przy czym spłaty rozłożono na 30 lat. Także Żydom nakazano wybudować na rynku siemiatyckim kaplicę z obrazem św. Aleksandra Newskiego, mającą upamiętnić zwycięstwo Rosjan w bitwie siemiatyckiej.

B.G.: Dziękuję za rozmowę.

Z panią profesor Bożeną Czerkas – nauczycielem historii pracującym w naszej szkole rozmawiał Bartek Glowacz

 

Widziane okiem mężczyzny

8 marca może kojarzyć się z różnymi wydarzeniami: urodziny własne lub kogoś znajomego, data umówionej wizyty u lekarza albo inne ważne wydarzenie. Jednak dla większości osób data ta jest związana z płcią piękną, ponieważ obchodzony jest wtedy Dzień  Kobiet. Wiele osób (czytaj: mężczyzn) zapyta: "Po co obchodzimy to  święto?" Generalnie celem tego dnia jest ukazanie roli kobiet w naszym życiu i społeczeństwie. Jednak czasami  mężczyźni zapominają o wartości żon czy matek. Nie doceniamy często ugotowanego obiadu, upranego ubrania czy posprzątanego domu. Przeważnie w hierarchii osób stawiamy mężczyznę nad kobietą, jednak czasami warto się zastanowić, czy nie należy płci pięknej postawić na równi z płcią przeciwną lub nawet w niektórych przypadkach nieco wyżej. Bo cóż zastąpi tę miłość macierzyńską, jaką matka darzy swoje dziecko? Przecież to właśnie ona, powszechnie uważana za słabszą od mężczyzny, nosi pod sercem swe przyszłe potomstwo oraz znosi bóle rodzenia. Ponadto, jak wiemy, to zazwyczaj matka jest później najbliżej swoich dzieci i spędza z nimi najwięcej czasu. Oczywiście nie oznacza to, że mężczyźni są nic niewarci. Ich rola jako ojców swoich dzieci oraz pracujących na utrzymanie rodziny jest na pewno ogromna. Trzeba wiedzieć, że powinniśmy się nawzajem uzupełniać oraz nie traktować jednych jako lepszych, a innych jako  gorszych.

Niezależnie od wrażenia, jakie wywarły powyższe słowa na czytających, warto w dniu 8 marca pamiętać o kobietach w swoim życiu oraz roli, jaką w nim odgrywają. Niech nasza pamięć przejawia się we wręczeniu kwiatka, powiedzeniu miłego słowa czy choćby nawet w drobnej pomocy w domu lub w powszednich zajęciach.

MĘŻCZYZNA

 

Widziane okiem kobiety

Dzień Kobiet jest świętem wyjątkowym, w czasie którego kobiety są doceniane, obdarzane miłymi słowami, życzeniami, obdarowywane kwiatami czy czekoladkami...

No dobrze, może nie wygląda to tak idealnie.

Chodząc po mieście, można zauważyć dłuższe niż zwykle kolejki w sklepach spożywczych i mężczyzn biegających z szybkością bolidu Formuły 1 od jednej kwiaciarni do drugiej („Dzisiaj jest 8 marca? I co? ...Czemu tak na mnie dziwnie patrzysz?”). No cóż.

Na stronach internetowych jeszcze kilka lat temu Dzień Kobiet był obchodzony z większym niż teraz rozmachem – zawsze zamieszczano artykuły o niezwykłych kobietach i ich dokonaniach, ciekawostki o święcie, życzenia, wiersze, piosenki, mnóstwo pomysłów na prezenty... Dziś wchodzimy na stronę i pierwszą rzeczą, którą widzimy są  życzenia, zdjęcie kolorowego bukietu kwiatów... i na tym właściwie koniec.

Tak naprawdę odnosi się wrażenie, jakby był to dzień taki jak każdy inny. I tu pojawia się pytanie: czy obchodzić Dzień Kobiet? Oczywiście, nie można zaprzeczyć, że dzień ten ma w sobie trochę uroku, ale czy nie mogłoby być tak codziennie? Czy trzeba święta, by usłyszeć coś miłego?

Na szczęście istnieją mężczyźni, którym nie trzeba przypominać o Dniu Kobiet. Tacy, którzy doceniają kobiety przez cały rok, a nie tylko z okazji święta. I żeby było ich jak najwięcej :)

KOBIETA

 

 

CHEMIA NAMIĘTNOŚCI

Carl Gustaw Jung pisał, że: „spotkanie dwóch istot jest niczym zetknięcie dwu substancji chemicznych; jeżeli zachodzi reakcja, obie ulegają przemianie”. Ciała dwojga zauroczonych sobą ludzi drżą pod wpływem fenyloetyloaminy, która przyspiesza przepływ informacji między komórkami nerwowymi. Jest to związek chemiczny podobny do amfetaminy, wprawiający mózg w stan najwyższego podniecenia. Dlatego  właśnie kochankowie doznają euforii, czują się młodsi, weselsi, aktywniejsi, zdolni do przesiadywania i rozmów długo  w noc. Ponieważ  od środków pobudzających, także tych, które nasze własne ciało wytwarza w sposób naturalny, można się uzależnić, Michael Leibowitz i Donald Klein z New York State Psychiatric Institute wyodrębnili grupę „narkomanów miłości”, którzy muszą być zakochani, żeby życie miało dla nich urok. Pragnienie kochania sprawia, że przechodzą od stanu euforii do depresji, w dręczącym cyklu wzlotów i upadków. Wiedzeni chemicznym głodem, wybierają nieodpowiednich partnerów lub pochopnie oceniają ich uczucia. Badacze stwierdzili także, że wstrzykiwanie fenyloetyloaminy myszom, rezusom i innym zwierzętom wywołuje zachowania świadczące o doznawaniu przyjemności, skłonność do zalotów i uzależnienie (zwierzęta  naciskały dźwignię, żeby otrzymać większą  dawkę substancji). Oznacza to, że w stanie zakochania nasz mózg nurza się w fenyloetyloaminie, która pozwala doznawać przyjemności, szalonego podniecenia i radości.

 

CHEMIA PRZYWIĄZANIA

Gnani chemicznym impulsem namiętności, ludzie szybko trafiają na wyboisty grunt, spotykają się, łączą się w pary, wiążą swoje geny i wydają na świat potomstwo. Wtedy namiętność przygasa; przewagę zdobywa inna grupa związków chemicznych. Podobne do morfiny opiaty umysłu przynoszą  uspokojenie i pewność. Słodkie szaleństwo namiętności ustępuje pola narkotycznemu uspokojeniu, poczuciu bezpieczeństwa  i przynależności. Miłość jest stanem chaotycznej równowagi. Jej radości – bliskość, ciepło, współodczuwanie, zależność i wspólne doświadczenia, powodują wytwarzanie endorfin, którymi karmi się spokojny umysł. Uczucie to nie dorównuje gwałtownością zakochaniu, jest jednak trwalsze i łatwiej się od niego uzależnić. Im dłużej para pozostaje w związku małżeńskim, tym lepsze są rokowania trwałości ich związku. Pary, które mają troje lub więcej dzieci, zwykle trwają przy sobie przez całe życie. Stabilizacja, przyjaźń, bliskość i czułość to przyjemności, do których umysł przyzwyczaja się chętnie i mocno. Delektujemy się słodką niepewnością, ale są to stany stresujące. Z drugiej bowiem strony miło jest odpocząć, uwolnić się od lęku i niepewności i cieszyć się życiem u boku oddanego towarzysza, bliskiego jak przyjaciel z dzieciństwa, znanego na wylot, choć czasem irytującego, jak brat lub siostra. Troskliwego jak rodzic, czułego i kochającego: małżonka na całe życie.

D. Akerman: Historia naturalna miłości

 

„Rzucanie mięsem”

Brzydkie słowa lub wyzwiska brzmią okropnie i  często aż uszy więdną, gdy posłyszy się rozmowę kilku osób gorąco rozprawiających na jakiś temat. Nierzadko popierają one swoje poglądy brzydkimi wyrażeniami. Dlaczego tak się dzieje?

Na pewno w naszym życiu spotkaliśmy się nieraz z wyżej wymienionym przykładem. Nie zawsze, ale często używa się wulgaryzmów podczas dyskusji. Niestety zaczyna to przybierać niepokojące rozmiary. Przekleństwa używane podczas gorącej dysputy powoli przestają dziwić.  To zjawisko jest także bardzo powszechne wśród młodego pokolenia. Zaniepokojone są tym szczególnie osoby starsze, ponieważ zwykle mówią: „Co za niewychowana młodzież! Za moich czasów tego nie było”. Istotnie, kiedyś było to nie do pomyślenia, aby młody człowiek używał wulgaryzmów. Jest tak dlatego, gdyż nastolatkowie chcą zabłyszczeć, zaistnieć w towarzystwie rówieśników i używanie wulgaryzmów ma im w tym pomóc. Chcą tym także pokazać swoją „dorosłość” i „dojrzałość”.

Tytułowe rzucanie mięsem było i niestety jest powszechnym zjawiskiem, lecz na przestrzeni wieków przybierało różne formy. Ludzie w rozmaity sposób szydzili z siebie nawzajem, używając niestosownych wyrażeń. A więc widzimy, że dzieje się to nie od dziś. Jednak nie może to być usprawiedliwieniem takiego postępowania, ale zachętą do wyeliminowania lub w miarę możliwości zredukowania ilości wulgaryzmów w naszej mowie. Język polski, jak i każdy inny język, ma wiele bardzo pięknych słów i wyrażeń, które mogą zastąpić wszelkie przekleństwa, a co za tym idzie zwiększyć nasz zasób słownictwa.

„Przekleństwa są niestety używane coraz częściej, szczególnie przez osoby młode”

 

HUMOR

NA LEKCJI HISTORII:

NAUCZYCIEL: Podczas bitwy siemiatyckiej wojska zmierzyły się pod Czartajewem, w okolicy CPN-u.

UCZEŃ: O! To już wtedy były CPN-y?

NA LEKCJI INFORMATYKI:

UCZENNICA: Proszę pana, komputer mi się zawiesił.

NAUCZYCIEL: To pasujecie do siebie.

NA LEKCJI JĘZYKA POLSKIEGO (UCZEŃ ZOSTAŁ WYWOŁANY DO ODPOWIEDZI, W TEN SAM DZIEŃ BYŁ SPRAWDZIAN Z BIOLOGII) :

NAUCZYCIEL: Podaj przekłady Biblii  na język grecki i łaciński.

UCZEŃ: Yyy…Septuaginta  i Wakuola.

NA LEKCJI GEOGRAFII:

NAUCZYCIEL: Arabowie to takie posłuszne ludziki, tylko że terroryści.

To jest jezioro rynnowe, ale już morenowe.

 

UCZEŃ: Gdzie jest dalej? Do Poznania czy do Wrocławia?

NAUCZYCIEL: Po co pytasz? I tak rowerem nie dojedziesz.

 

UCZEŃ: O Jezus Maria!

NAUCZYCIEL: Spokojnie, to jeszcze nie to powietrze.