Cenzor 5/73

MAJOWA ROCZNICA

 

Dnia 30 kwietnia 2015 r. w naszej szkole odbyła się akademia z okazji rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja. W tym roku za tę uroczystość była odpowiedzialna klasa II C wraz z wychowawczynią panią profesor Moniką Basistą. Tego dnia mieliśmy możliwość wysłuchania recytacji między innymi  takich wierszy jak „Modlitwa” Cypriana Kamila Norwida czy „Rejtan” autorstwa Jana Lechonia, które skłaniały również do refleksji na temat współczesnych wydarzeń. Dziwnym byłoby nie usłyszeć w tym czasie słynnej pieśni „Witaj majowa jutrzenko” czy innych utworów o tematyce patriotycznej, więc oczywiście one też się pojawiły. Nietypowym, a moim zdaniem najlepszym punktem tej akademii był  taneczny występ Gabrieli Boratyńskiej z klasy II C oraz Bartka Boguszewskiego z II D. Mieliśmy sposobność zobaczyć w ich wykonaniu słynnego mazura. Na koniec pani dyrektor podziękowała klasie organizującej tę uroczystość oraz panu Lechosławowi Ryszczukowi za przewodniczenie chórowi szkolnemu.

 

 

Według mnie organizowanie takich wydarzeń oraz uczestnictwo w nich jest ważne, ponieważ podtrzymuje pamięć historyczną, tworzy naszą świadomość narodową oraz nie pozwala zapomnieć o losach i czynach naszych przodków, którzy niejednokrotnie przypłacili życiem swoje starania i dążenia na rzecz odzyskania niepodległości przez naszą ojczyznę.

CIEMNOŚĆ WIDZĘ, CIEMNOŚĆ…

 

Zawarty w tytule cytat z polskiej komedii s-f pod tytułem „Seksmisja” to słowa, które zapewne padłyby z ust Bolesława Prusa patrzącego z paryskiej wieży w kierunku Polski. Nic się bowiem w nas i u nas nie zmieniło od jego czasów. Lata zaborów, okupacji czy satelickiej zależności od sąsiada ze Wschodu nie spowodowały żadnej metamorfozy mentalności Polaków. Wejdźmy zatem na szczyt wieży Eiffla i razem z Prusem skierujmy lunetę na nasz kraj.

I co widzimy? Polacy nadal kłócą się między sobą, którzy z nich mają zostać dyrektorami. Jak zwykle, każdy chce być szefem, a nikt nie chce być szarym pracownikiem. I znów ujawnia się wśród nas przerost ambicji. Wielu Polaków nadal pamięta czasy, gdy spokojne życie zapewniało im hasło „Czy się stoi, czy się leży…”. Nieustanne przepychanki, wojny polsko – polskie czy inne biurokratyczne przeszkody powodują, że gdy nasi dojdą do porozumienia, to fundamenty budynków konstruowanych przez inne nacje są już gotowe.

Pójdźmy dalej. Prus z niedowierzaniem odsuwa oko od lunety – nie wierzy w to, co widzi. Nie ma złudzeń – dèja vu! Podobnie jak sto dwadzieścia lat temu Polacy nie umieją oszczędzać. Co z tego, że lotnisko w Modlinie zostało ukończone przed czasem, skoro kilka miesięcy po rozpoczęciu działalności pękł pas startowy! Nie będę wspominał już o rozsypujących się autostradach czy rozpoczętych, aczkolwiek nieukończonych budowach (przykład z własnego podwórka – hotel „Marwil”).  I w tym miejscu nasuwa się pytanie: kto zapłaci za szkody? Unia Europejska? Nie – my, zwykli podatnicy. Bo państwo nie ma rezerw finansowych. Bo zawiązano zmowę cenową z podwykonawcami i Komisja Europejska zamraża 4 mld złotych przeznaczone na drogi.

W sprawie wynagrodzeń również nic nie uległo zmianie. Dyrektorzy, managerowie państwowych i prywatnych koncernów czy firm zarabiają kokosy, likwidując przy okazji ogromną ilość miejsc pracy czy zatrudniając ludzi na tzw. umowy śmieciowe. Nic więc dziwnego, że po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej w 2004r. i otwarciu się rynków pracy państw „starej piętnastki”, przez zaledwie kilka lat na Zachód trafiło milion obywateli polskich, szukających lepszego życia.

Bolesław Prus patrzy dalej. Oto polscy naukowcy prezentują grafen – materiał, który może zrewolucjonizować rynek mikroprocesorów. Jednak badania nad nim posuwają się powoli – dlaczego? Dlatego, że na naszą narodową myśl techniczną jak zwykle brakuje nakładów finansowych (pomimo dotacji unijnych). W naszym kraju nie dba się o nowatorskie myślenie. Produkujemy „łóżka składane, z których można zrobić karabin i fortepian”.

Prus wciąż patrzy. Widzi wieloletnie kolejki na operacje, tworzone przez „służbę” zdrowia, panoszącą się w całej administracji publicznej biurokrację czy system edukacji. Patrzy na słynną „panią z dziekanatu” pracującą w przerwie między przerwami na kawkę. Zdegustowany przenosi wzrok na Davos, gdzie Justyna Kowalczyk zdobywa miejsca na podium Pucharu Świata w biegach narciarskich. Uśmiecha się szeroko, lecz mina szybko mu rzednie, gdyż przypomina sobie naszych piłkarzy…

W końcu budynki Francuzów i Niemców zostają ukończone. A nasz, polski gmach? Ledwo doprowadzony do połowy, a już zaczyna się rozsypywać. Ile jeszcze musi przejść ten nasz nieszczęsny naród, aby w końcu dorównać innym? Może, gdy minie kolejne sto lat, i znów pan Prus skieruje lunetę na wschód, zobaczy nad Wisłą kraj mlekiem i miodem płynący. Drugą Japonię i drugą Irlandię…

 

Tomasz Grzyb

Tekst inspirowany felietonem Bolesława Prusa „Wieża paryska”

 

Zapraszam do Chełma

Wschodnie krańce Polski, choć tak piękne, nie są dobrze poznane. Warto je poznać, bo mieszają się tu kultury, tradycje i wyznania. Ja proponuję wypad do Chełma.

Chełm to piękne, historyczne, obecnie 60-tysięczne miasto w województwie lubelskim. Jego największą atrakcją są podziemia kredowe, które stanowią zabytek staropolskiego górnictwa. Kredę w Chełmie wydobywano od XIII wieku. Tak naprawdę to nigdy nie było tu  prawdziwej kopalni, a kredę wydobywali górnicy-amatorzy. Byli nimi prawie wszyscy mieszkańcy miasta. Kolejne pokolenia chełmskich mieszczan wydobywały kredę i stopniowo drążyły podziemne korytarze. Służyły one mieszkańcom również jako miejsce schronienia podczas wojen, napadów itp. Wydobycia władze miejskie zakazały na początku XX wieku, mając na względzie bezpieczeństwo mieszkańców Chełma (groziło zapadnięciem miasta).  W latach 70-tych część korytarzy została zasypana, a część przystosowana do potrzeb turystycznych. Obecna trasa ostateczny kształt uzyskała w 1985 roku. Ma ona ok. 2 km, czas zwiedzania to ok. 50 min. Temperatura w podziemiach wynosi 9 stopni (latem trzeba pomyśleć o cieplejszym ubraniu). Spacer dostarcza wielu niezapomnianych wrażeń, można zapoznać się też z licznymi ekspozycjami geologicznymi, archeologicznymi i historycznymi. Każda grupa turystów odbywa również spotkanie z legendarnym Bieluchem. To duch białego niedźwiedzia, który przed wiekami obronił miasto przed najeźdźcami. Bieluch dzisiaj jest duchem łagodnym,  przyjaźnie nastawionym do ludzi, a czasem spełnia nawet ich marzenia (ponoć tylko dobrych ludzi). W 1994 roku podziemia kredowe zostały wpisane do rejestru jako zabytek trzeciej klasy, unikatowa pozostałość górnictwa staropolskiego i kredowego w Europie.

Naprawdę warto  to zobaczyć (rezerwacja 82 656 25 30, zejścia do podziemi- godzina 11.00,13.00, 16.00, cena biletu normalna 12 zł., ulgowy 9 zł., ulgowy dla młodzieży szkolnej 8 zł.)

Chełm to nie tylko podziemia. Poza tym warto zwiedzić bazylikę pw. Najświętszej Maryi Panny z XIII wieku, cerkiew św. Jana Teologa z XIX wieku, resztki cmentarza żydowskiego, budynek synagogi.

 

Polecam, pozdrawiam

Alicja Smoktunowicz

 

MERYEM ANA

– domek Matki Bożej w Efezie na terenie Turcji

Domek Matki Boskiej znajduje się na Wzgórzu Słowików. Uważa się, że jest on miejscem ostatniego pobytu na ziemi Najświętszej Maryi Panny.

Od momentu śmierci Chrystusa na krzyżu opiekę nad Maryją przejął, zgodnie z wolą Zbawiciela („Oto matka twoja”), święty Jan. Według tradycji po nasileniu się w Jerozolimie prześladowań pierwszych chrześcijan apostoł uciekł wraz z Matką Boską w okolice Efezu.

Dom odnaleziono stosunkowo późno – w 1891 roku. Jego odkrycie związane jest z wizjami błogosławionej Anny Katarzyny Emmerich. Niemiecka mistyczka miała widzenia dotyczące osoby Matki Bożej. W opublikowanej w XIX w. książce Życie Najświętszej Maryi Panny z zadziwiającą dokładnością opisała dom na wzgórzu koło Efezu, gdzie upływały ostatnie lata życia Maryi. Na podstawie tych wskazówek utworzono w 1891r. dwie ekspedycje naukowe, podczas których odnaleziono miejsce i ruiny domu. Na fundamentach pochodzących z I i IV wieku wybudowano kaplicę.

 

Wewnątrz domku znajdują się wota przyniesione przez wdzięcznych za otrzymane łaski pątników, papieskie pamiątki i fragmenty odkopanego paleniska z czasów Matki Boskiej. Na uwagę zasługuje umieszczona w kaplicy figura Maryi. Ta wyciągnięta z morza przez marynarzy figura nie ma dłoni – została zniszczona przez odmęty wody.

Obok trzech źródełek, na specjalnie przygotowanych kratach, pielgrzymi zawieszają prośby kierowane do Matki Bożej.

 


Elżbieta Sielicka

 

 

Muzeum archeologiczne w Knossos,

czyli mityczny Labirynt Minotaura

 

Około 6 km na południowy wschód od głównego miasta greckiej wyspy Kreta – Heraklionu leżą ruiny pałacu w Knossos. Imponujące resztki szczytowego rozwoju kultury minojskiej, która istniała tu przed przybyciem na wyspę pierwszych Greków.

To właśnie w tym miejscu narodziła się kultura europejska. Najciekawsze eksponaty to tron królewski, portret Minotaura oraz pitony (wielkie dzbany na oliwę), w których mogłoby się zmieścić nawet troje ludzi.

Elżbieta Sielicka


Wyspy Szczęśliwe, czyli rozważania o  greckich

(i nie tylko) wakacjach

Jeśli człowiek przeżył już „parę” wiosen, wspomnień ma bardzo dużo, a pamięta przeważnie to, co było piękne. Moje wakacje, przynajmniej z perspektywy lat, zawsze były piękne. Z nostalgią wspominam te z wczesnego dzieciństwa spędzone u babci wśród drzew, kurczaków i kóz. Jeszcze dziś bawią mnie wydarzenia z obozów wczesnej młodości (tych harcerskich i tych wędrownych). W nowe doświadczenia obfitowały zarobkowe wyjazdy zagraniczne w ramach ochotniczych hufców pracy (pielenie terenów zielonych lub kopanie rowów w Berlinie). Zawsze coś się działo. Zmiany polityczne w Polsce ułatwiły bezproblemowe wyjazdy turystyczne w dowolne miejsce na świecie. Skorzystałam troszkę i ja...

Ze szczególnym wzruszeniem wspominam pobyt w Grecji. Nie brzmi to zbyt oryginalnie, ale nie zrezygnuję z zachwytu nad Grecją tylko dlatego, że innym ten kraj też się podoba. Moja wyprawa trwała dwa tygodnie i obejmowała objazd części kontynentalnej Grecji oraz wypoczynek na wyspach. To one właśnie mnie zauroczyły.

Archipelag Wysp  Sarońskich, do którego dotrzeć można tylko drogą morską, składa się z ponad setki wysp i wysepek różnej wielkości, z czego zamieszkanych jest tylko jedenaście. Moja grupa wycieczkowa dopłynęła tam promem z portu w Pireusie. Prawdę powiedziawszy, zmęczeni już byliśmy trochę klimatem kontynentalnej Grecji- ciągłym upałem, monotonnym, wręcz pustynnym niekiedy krajobrazem z wypaloną przez słońce trawą. Jednak zabytki, przeważnie ruiny starożytnych budowli, nawet w upale poruszały naszą wyobraźnię. Historia (i to jaka!) na każdym kroku. Tak naprawdę teren całej Grecji to jedno wielkie stanowisko archeologiczne. Ludzie odnajdują wyraźne ślady przeszłości, kopiąc własne ogródki.

Kiedy wypłynęliśmy w morze, zapomnieliśmy o zmęczeniu. Na wyspach czekał nas przecież  wypoczynek. Pierwszym naszym przystankiem była malutka wysepka Spetses- jej powierzchnia to zaledwie 22 km2. Trafiliśmy do uroczego, nadmorskiego pensjonatu, obrośniętego kwitnącymi obficie na różowo i biało pnączami (że to bugenwilla dowiedziałam się dopiero później). Wyszliśmy na spacer i od razu ogarnęła nas cisza eleganckiego, sennego miasteczka. Nawet teraz, po latach, czuję tamten klimat i widzę krajobrazy. Niewielkie, górzyste spłachetki lądu otoczone turkusem Morza Jońskiego. Słońce- pełnia lata- od rana do wieczora ani jednej chmurki. Lekki wiatr od morza, szum fal i nieustający, dochodzący ze wszystkich stron „śpiew” cykad ukrytych w gałęziach sosen. Zapach morza i kwiatów unoszący się ciężko i leniwie w upalnym powietrzu. Można się zapatrzeć, zasłuchać i „zaczuć”...

Greckie wyspy to oczywiście plaża, a dokładniej setki plaż. Piaszczyste, kamieniste, prawie dzikie i ciche lub duże, pełne życia z całą gamą atrakcji dla miłośników zabawy w wodzie. Tego typu miejsc więcej oferowała Poros, nieco rozleglejsza od Spetses wyspa archipelagu. Dotarliśmy tam po trzech dniach relaksu na Spetses. Dosyć duża i jedyna miejscowość na wyspie to port Poros. W nadbrzeżnych knajpkach miasteczka poznaliśmy smaki greckiej kuchni i otwartość gospodarzy. Całe nabrzeże ożywało wieczorem, po wodzie niósł się gwar i zapachy, a my próbowaliśmy wyspiarskich specjałów. Restauracyjne menu obfitowało w ryby i owoce morza. Wielu skusiło się na „apetycznie” wiszące na drucie ośmiornice- przyrządzano je na miejscu i podawano duszone lub z rusztu. Ja pozostałam wierna rybom, choć do dziś mam lekkie wyrzuty sumienia, kiedy wspominam maleńkie rybki smażone w całości w głębokim tłuszczu (takie „greckie chipsy”, jak je na własny użytek nazwałam). Smakowały wyśmienicie, ale trudno było patrzeć w ich małe, smutne, martwe oczka... Nie można też zapomnieć smaku musaki- typowo greckiego zapiekanego dania, którego podstawę stanowią bakłażany, pomidory, mięso mielone i sos beszamelowy. A tzatziki, sos czosnkowo-ogórkowy podawany często na przystawkę, a sałatka grecka? Mówiono nam, że Grecja to jedyny kraj w Europie, gdzie nie przyjęły się amerykańskie fast foody. Próbowano je otwierać, ale bankrutowały. Grecy, młodzi również (!), kochają swoją kuchnię i tylko w greckich knajpkach przesiadują wieczorami. Sama widziałam, wcale się nie dziwię i mam nadzieję, że po kryzysie nic się pod tym względem w Grecji nie zmieniło.

Gdy mieliśmy dość jedzenia, plaży i słuchania cykad (tak naprawdę to cykad nigdy nie mam dość), wsiadaliśmy na wypożyczone skutery i zwiedzaliśmy wyspę. Trudno się zgubić na 30 kilometrach kwadratowych, tym bardziej, gdy jest tylko kilka dróg, jedna miejscowość, kilkanaście plaż, laski sosnowe i ruina świątyni Posejdona. Zgubić się nie dało, ale zadziwić i owszem, kiedy skuter wjeżdżał między kudłate kozy, których stadka samotnie pasły się wśród skał, zahaczając czasami o drogę.

Warto też było popłynąć na którąś z sąsiednich wysp, by dostać się do górskich białych wiosek. Wyglądają one naprawdę tak, jak na pocztówkach. Trochę skłamałam. Naprawdę to robią o wiele większe wrażenie. Kiedy się chodzi białymi labiryntami, już się wie, dlaczego wszystko pobielono- jest jakby troszkę chłodniej, bo biel odbija promienie słoneczne, a wąskie uliczki sprawiają, że budynki w którymś momencie rzucają na nie zbawczy cień. Od czasu do czasu między budynkami przemykają małe osiołki, zupełnie prawdziwe i naprawdę coś niosą w koszach na grzbiecie. To nie starożytność z pewnością, ale chyba i nie wiek XXI... Wyspy Sarońskie, choć znajdują się dosyć blisko dużych miast i ich spragnionych wypoczynku mieszkańców, zachowały na szczęście dawny klimat. Mogło się tak stać dzięki rygorystycznym przepisom, które ograniczają rozmiary nowych budynków i nakazują dopasowanie ich do otoczenia.

 

 

Ciekawe, czy tak jest na innych wyspach? Czy gdzieś dalej tak samo śpiewają cykady? Co jest za zakrętem, a co zakrywa horyzont? Wakacje to dobry czas, by poszukać odpowiedzi na podobne pytania. I młodość to dobry czas- na marzenia, plany, podróże.

Każde wakacje są piękne- we wspomnieniach na pewno. Te nadchodzące mam zamiar spędzić w klimatach bardzo polskich, bardzo swojskich i, po krótkim zastanowieniu, nie mniej urokliwych niż greckie. Działka, hamak, rower, może kajak. I przede wszystkim książka, jak na bibliotekarkę przystało. Będzie okazja, by powspominać jeszcze greckie wakacje, gdy sięgnę w końcu po „Maga” Johna Fowlesa. Akcja powieści toczy się na wyspie Spetses, z którą sam pisarz był bardzo związany. Polecam, jeśli kogoś Wyspy Sarońskie zainteresowały- porozmawiamy o książce po wakacjach:) Tuż przed nimi życzę wszystkim czytelnikom „Cenzora” pomyślnych letnich wiatrów. Niech zaniosą Was one do Bezpiecznych Portów na Waszych Wyspach Szczęśliwych.

Jolanta Grzymkowska

 

Coś czarnego

Czarna magia dla niektórych to matematyka

Czarny humor tez wielu dotyka

Czarna chmura to symbol tajemnicy

Czarny czwartek był i czarni byli niewolnicy

Czarną owcą być to jest coś złego

Jednak dla mnie jest coś czarniejszego

Czarniejsza rozpacz mnie ogarnia po naszej reprezentacji grze

Niż po czarnej magii, humorze, niewolnikach, czwartku , owcy czy czarnej chmurze.

 

Paweł Tereszkiewicz, klasa IIC

Byliśmy na Litwie


"Jeśli myśl ci przyjdzie mylna
Zwątpić w przyszłość i w swobodę,
Wówczas, bracie, jedź do Wilna
Poznać z hartem dusze młode."

Z uśmiechem na ustach drugiego czerwca wyruszyliśmy na dwudniową wycieczkę na Litwę. Towarzyszyliśmy klasie ID oraz IA, a opiekunkami wycieczki były panie prof. Monika Basista, prof. Ewa Magdalena Iwaniak oraz prof. Małgorzata Sawczuk. Dojazd do Wilna bardzo się dłużył, lecz każdy wykorzystywał ten czas na swój sposób. W Białymstoku dołączył do nas przewodnik, który potrafił zaciekawić ciekawostkami o mijanych przez nas miejscach oraz związanymi z celem naszej wycieczki. Uwaga, ciekawostka! Skąd tyle lasów iglastych w północnej części naszego kraju? W XVI-XVII wieku dzięki zdobyciu Inflant w Polsce zapanował ogromny rozwój handlu. Wówczas nastąpił  też rozwój żeglugi - wysokie, iglaste drzewa były idealnym materiałem na maszty statków. Niestety, Polacy nie cieszyli się długo posiadaniem dostępu do morza, drzewa jednak zostały aż do dziś.

"Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie;
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie."

Przekroczywszy granicę polsko-litewską, da się zauważyć wielką różnicę - na południowych krańcach Litwy jest niewiele domów, gospodarstw i ludzi. Stare lampy uliczne, średni stan dróg, bardzo dużo lasów i łąk - tak widziałam to państwo tuż po przekroczeniu granicy. Im jechaliśmy dalej, tym było lepiej. Im bliżej Wilna, tym ciekawszy krajobraz. Nizinne tereny pokrywały gęste lasy, łąki, skromne gospodarstwa i małe sklepiki. Miasteczka były niewielkie - strzelam, że ich średnie zaludnienie nie wynosi więcej niż tysiąc osób. Mimo to wydawały się bardzo urocze i przytulne. I jeszcze jedna uwaga! Narzekacie na stan łazienek na stacji paliw w Polsce? Błąd, dla porównania zapraszam właśnie na Litwę!

"Miasto - symbol naszej wielkiej kultury i państwowej naszej potęgi."

Powyższe słowa Józefa Piłsudskiego nie mijają się z prawdą. Stare Miasto w Warszawie lub w Krakowie przy Wilnie to nic. Przepiękne kościoły, cerkwie oraz kamienice mają swój wyjątkowy urok.

Punktem startowym naszej wycieczki była Ostra Brama z Cudownym Obrazem. Pani przewodniczka, która dołączyła do nas w Wilnie, poinformowała, iż aby dostać się do kaplicy z obrazem, trzeba pokonać czterdzieści schodków - tyle, ile jest paciorków w różańcu. Czterdzieści paciorków w różańcu? Ciekawe!

Następny przystanek - Cerkiew Św. Trójcy. Co w niej takiego niezwykłego? Przed przyjęciem chrześcijaństwa  na Litwie panowało pogaństwo. Trzech dostojników króla przyjęło wiarę prawosławną - co spotkało się z ogromnym sprzeciwem pozostałych dostojników. Kazano im wyrzec się "złej" wiary i nawrócić się. Dostojnicy nie zrezygnowali z religii i zostali powieszeni. Ich ciała nigdy nie uległy rozkładowi, co uznano za cud.

Kolejna stacja - klasztor Bazylianów z "celą Konrada". To miejsce więzienia Adama Mickiewicza oraz innych członków Towarzystw Filaretów i Filomatów. Tutaj dowiedzieliśmy się od pani przewodnik, że jest to miejsce napisania III części „Dziadów”. Kolejny błąd, po rozmowie z wychowawczynią okazało się, że trzecia część została napisana w Niemczech, w Dreźnie. 2:0!

Czwarty punkt wycieczki - Kościół św. Anny oraz kościół Bernardynów. Obie budowle zostały zbudowane z czerwonej, wypalanej cegły. Powstałe w stylu gotyckim świątynie wywarły na mnie największe wrażenie w ciągu tego dnia.

Co dalej? Pomnik Adama Mickiewicza - czyli Mickiewicz opierający się o złamaną kolumnę, która symbolizuje konieczność emigracji sławnego poety. Dookoła pomnika umieszczono granitowe płyty z przedwojennego, niedokończonego pomnika Adama Mickiewicza dłuta Henryka Kuny. Obecnie znajduje się tam 6 płyt (z 12 zaplanowanych).
Katedra z kaplicą św. Kazimierza to punkt szósty wycieczki. W kaplicy oprócz relikwii świętego znajdują się groby królowych Elżbiety z Habsburgów oraz Barbary Radziwiłłówny- żon Zygmunta Augusta. Kopuła pomalowana na biało, mało zdobiona symbolizuje niebo; ciemne ściany kaplicy i bogate zdobienie symbolizuje życie na ziemi.

Kolejna stacja - Cmentarz na Rossie. Jest to miejsce pochówku  m.in. Joachima Lelewela oraz serca Józefa Piłsudskiego. Józef Piłsudski spędził z matką niewiele chwil, dlatego postanowił, że przynajmniej po śmierci będzie blisko niej – zgodnie z jego prośbą jego serce zostało pochowane wraz z prochami matki sprowadzonymi z Sugint. Na czarnej granitowej płycie nagrobnej wykuto cytaty z „Wacława” (u góry) i „Beniowskiego” (u dołu) Juliusza Słowackiego:

 

u góry:
Ty wiesz, że dumni nieszczęściem nie mogą
Za innych śladem iść tą samą drogą.


u dołu:
Kto mogąc wybrać, wybrał zamiast domu
Gniazdo na skałach orła, niechaj umie
Spać, gdy źrenice czerwone od gromu
I słychać jęk szatanów w sosen szumie.
Tak żyłem.


między nimi:
Matka i Serce Syna.

Przedostatni przystanek - Góra Trzech Krzyży. Owa "góra" (zwana Łysą) ma wysokość 112 m n.p.m. Według legendy na Łysej Górze za czasów Olgierda umęczono siedmiu franciszkanów. Czterech strącono do Wilejki, zaś trzy krzyże z ciałami męczenników ustawiono na górze.

Na końcu odwiedziliśmy kościół śś. Piotra i Pawła na Antokolu. Była to kolejna barokowa świątynia. Wnętrze budynku zdobi ponad 2 tysiące rzeźb o tematyce biblijnej, mitologicznej i historycznej. Wiele symboli podkreśla fundatora świątyni, czyli Michała Kazimierza Paca. W prezbiterium kościoła umieszczono jego portret oraz popiersie przedstawiające go jako triumfatora z wieńcem laurowym na głowie. Nawiązaniem do jego zwycięstw nad Moskwą są też egida poniżej popiersia, symbolizująca obronę przezeń Rzeczypospolitej oraz dwie odcięte głowy orła moskiewskiego na jednej z tarcz.

 

Po całodziennym zwiedzaniu zmęczeni dotarliśmy do hotelu „Karolina” przy wieży telewizyjnej, gdzie czekał na nas obiad. Przede mną stał chłodnik i talerzyk gotowanych ziemniaków - nie, nie wrzuca się ziemniaków do zupy (chociaż, kto co lubi). Ja zjadłam oddzielnie i nie żałuję; smakowało o wiele lepiej. Jako drugie danie dostaliśmy kartacze polane tłuszczem i śmietaną ze skwarkami. Także mi smakowało.Do godziny 21 czasu polskiego mieliśmy czas wolny; niektórzy poszli do sklepu po zakupy (m.in. kupić girę (kwas chlebowy) oraz słynny litewski chleb, który polecał przewodnik z Białegostoku). Koledzy i koleżanki nosili koszyki słodyczy, napojów, kwasu i chleba, ja natomiast wzięłam tylko butelkę kwasu chlebowego na spróbowanie. Nie ukrywam - na Litwie jest dość drogo, szkoda mi pieniędzy. Dodatkowo odstraszał mnie fakt, że kobiety w kasach nie wydawały pełnej reszty; wiadomo, na naiwnych turystach z zagranicy najłatwiej jest zarobić. Wróciłam do hotelu, wzięłam prysznic i obejrzałam dwa odcinki „Gry o tron”. Potem zasnęłam.

 

"Sen myśliwski nam odkrył tajnie przyszłych czasów,
Że Litwie trzeba zawsze żelaza i lasów."

 

Rano nadszedł czas dalszego zwiedzania. Zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy się i ruszyliśmy w dalszą drogę. Naszym celem były Troki - miasteczko położone 30 km od Wilna. Mieliśmy zwiedzić zamek położony na wyspie Galve. Widok był niesamowity, a pogoda dopisywała. Mieliśmy okazję obejrzeć walkę (choć ostrożne uderzenia mieczem o tarczę przeciwnika nie nazwałabym walką) opłaconą przez wycieczkę - jak mniemam - z Azji. Następnie przewodniczka zaczęła nas oprowadzać po komnatach. Mieliśmy okazję obejrzeć stare meble, zbroje, srebrne i miedziane monety, broń palną oraz białą, pierwsze fajki oraz pieczątki litewskich i polskich herbów magnackich. Po zwiedzaniu każdy miał czas dla siebie - stoiska stały otworem. Niektórzy kupowali obrazy ozdobione bursztynami, niektórzy biżuterię, niektórzy torby, koszulki... stoiska były ich pełne. Im bliżej zamku, tym pamiątki są droższe. Dlatego przeszłam się nieco dalej i kupiłam dość tanią, bursztynową pamiątkę u bardzo miłej staruszki, która nie wstydziła się mówić po polsku.

Po czasie wolnym zamek zostawiliśmy w tyle i ruszyliśmy ku karaimskiej restauracji na obiad. Posiłek składał się z rosołu z dużą ilością natki pietruszki i innych ziół (bez makaronu) oraz kibin (nie mam pojęcia jak odmienić słowo "kibiny"). Kibiny to pierożki z kruchego ciasta, które zawierają w środku mięso mielone. Często są do nich dodawane także grzyby. Do picia podano nam "litwińską colę", czyli nic innego jak kwas chlebowy. Po posiłku czekał nas powrót do domu.

 

"Nigdy od ciebie, miasto, nie mogłem odjechać.
Długa była mila, ale cofało mnie jak figurę w szachach."

 

Ocena wycieczki? Co o niej sądzę?
Uważam, że wycieczka była dość standardowa. Gdy się na nią zapisywałam, liczyłam na wyjazd do Druskiennik, mimo to zaliczam ją do udanych. Choć myślę, że niewielu osobom się spodobała.

Wilno to przepiękne miasto. Spokojnie mogę polecić to miejsce zarówno  osobom zauroczonym literaturą romantyczną, jak i osobom zainteresowanych architekturą oraz historią. Ludzi o innych zainteresowaniach zwiedzanie Wilna może nudzić. Niemniej jednak polecam! :)

 

Karolina Sak

 


"To my"


To my!
Na przełomie wieków żyjący,
w 97-mym roku urodzeni,
dumnie w życie kroczący,
już nic nas nie zmieni.


To my!
Ważne decyzje wcześnie podejmujemy,
bo los nasz przyszły od tego zależy.
Możliwie najlepsi zawsze być chcemy,
każdy z nas mocno w swój sukces wierzy.


To my!
Chwil wolnych mamy niewiele,
bo cały czas wolny nauka zajmuje.
Uczymy się często całą niedzielę,
każdy licealista kuje i kuje.


To my!
Dzielnie pokonujemy wszelkie przeszkody,
"nowa" matura czy liczne sprawdziany
są to możliwe do pokonania schody,
lecz często czasu na to nie mamy.


To my!
Wiecznie pędzący jak pociąg ze stacji,
chcemy mieć coś do powiedzenia,
nie chcemy żadnych zmian w edukacji,
liczymy na trochę zrozumienia


Diana Piotrowska, klasa IIA

 

Żółty jest słonecznik w ogrodzie rosnący,

A obok niego żonkil również żółcią się mieniący.

Żółte słońce swym gorącem opala

Małej sikorki żółtego brzuchala.

Żółcią szlachetną złoty kielich błyska,

Kiedy z niego prawdziwie żółty miód hojnie tryska,

Lecz niech zasłyszy każdy od Honolulu aż po Termopile,

Że mej miłej zęby żółtsze niż Słońce, miód, kielich, słonecznik, sikorka, żonkile.


Mateusz Sitarski, klasa ID

 

NAJWSPANIALSZYCH, NAJGORĘTSZYCH, OBFITUJĄCYCH W CUDOWNE PRZEŻYCIA WAKACJI SPĘDZONYCH W DOBRYM TOWARZYSTWIE

ŻYCZY

REDAKCJA „CENZORA”